Tam gdzie niebo ma kolor zielony – III Wielka Wyprawa PTMA na Islandię

Wyprawa na Islandię

Wyprawa na Islandię – spontaniczna decyzja

Islandia, druga w nocy. Zimno, zaledwie kilka stopni powyżej zera. Uczucie chłodu potęgują podmuchy wiatru. To niesamowite jak w takich warunkach grupa, wydawać by się mogło dorosłych ludzi, może się cieszyć jak małe dzieci, wręcz podskakując z radości na widok nocnego nieba i spektaklu jaki się na nim odbywa. Ale jak zwykł mawiać Bogusław Wołoszański „nie uprzedzajmy jednak faktów”.

Wróćmy zatem do początku. Była końcówka listopada 2016 roku. To właśnie wtedy wszystko się zaczęło. Wystarczył jeden post na Facebooku z pytaniem czy ktoś byłby chętny na wyjazd. Odzew był błyskawiczny. Wystarczyły dwa dni aby zebrać całą, dwunastoosobową obsadę wyjazdu. Jak się później okazało grupę wyjątkowych ludzi.

A więc postanowione! Wielkie Wyprawy Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii organizują kolejną, trzecią już wyprawę na Islandię. Jest coś, co przyciąga jak magnes na tę surową, wulkaniczną wyspę. Tym czymś nie są piękne krajobrazy jak z innego świata, tym czymś jest możliwość podziwiania na niebie zorzy polarnej. I to właśnie aurora borealis sprawiła, że Islandia ponownie stała się celem wyprawy PTMA.

Kuce islandzkie – nieodłączny element krajobrazu wyspy.

Długie przygotowania

Podjęcie decyzji o wyjeździe było początkiem długiego procesu przygotowań do tej wyprawy. Na szczęście mieliśmy w swoim gronie Marka Substyka, który był organizatorem poprzednich dwóch polowań na zorzę na Islandii. W wielu sprawach zdaliśmy się na jego doświadczenie. Dobrze jest mieć w grupie kogoś, kto już kiedyś przetarł szlak.

Na pierwszy ogień poszło poszukiwanie taniego połączenia lotniczego a co za tym idzie ustalenie dokładnego terminu wyprawy. Chcąc zobaczyć, zarówno zorze polarne na nocnym niebie, jak i podziwiać piękno Islandii za dnia, najlepszą porą na odwiedzenie Islandii są okolice równonocy.
Jadąc zimą oczywiście znacznie podnosimy swoje szanse na zobaczenie zorzy, mamy w końcu na to znaczną część doby. Zima ma też jednak wadę. Krótki dzień sprawia, że nie będziemy mieli zbyt wiele czasu na podziwianie piękna wyspy. Natomiast letnia pora to zdecydowanie przyjemniejsze warunki do podziwiania krajobrazów jednak bez szansy na zobaczenie zorzy polarnej.

Widok z klifów w pobliżu plaży Kirkjufjara.

Widok z klifów w pobliżu plaży Kirkjufjara. W oddali kamienne Trolle.

My ostatecznie wybraliśmy przełom marca i kwietnia rezerwując bilety lotnicze linii lotniczych WOW air z Berlina do Keflavíku. Wylot 25 marca, powrót 2 kwietnia. 7 pełnych dni na podziwianie wyspy i 7 nocy z szansą na zobaczenie na żywo zorzy polarnej.
Znając termin wyjazdu można było przystąpić do poszukiwania domku do wynajęcia. Tu ważna była jego lokalizacja. Musiał być położony w pobliżu jakiegoś, chociaż niewielkiego miasta, bo przecież coś trzeba jeść. Jednak nie za blisko, lokalizacja musiała być na tyle ciemna aby nie utrudniać celu wyjazdu czyli obserwacji i fotografowania zórz polarnych. Wybór padł na samotny domek na odludziu, położony między miasteczkiem Selfoss a Parkiem Narodowym Þingvellir.

Przejście za wodospadem Seljalandsfoss.

Przejście za wodospadem Seljalandsfoss.

Na koniec pozostało wynajęcie samochodów. Bez nich na wyspie takiej jak Islandia nie zobaczymy zbyt wiele. Wiele atrakcji dostępnych jest tylko dla posiadaczy samochodów z napędem 4×4. Wypożyczenie takich pojazdów to jednak spory wydatek. Na szczęście wszystkie atrakcyjne miejsca do odwiedzenia, jakie mieliśmy w planach, były dostępne dla zwykłych samochodów osobowych. A przynajmniej tak nam się wydawało. Stąd nasz wybór trzech samochodów kompaktowych. Cztery osoby w aucie to idealny kompromis między komfortem podróżowania a kosztami wypożyczenia pojazdu.
Wynajęcie samochodów kończyło etap formalnych przygotowań. Teraz nie pozostało nic innego jak spakowanie swojego bagażu, co okazało się dużo trudniejsze niż się początkowo wydawało. Każdy z nas musiał się zmierzyć z pytaniem co zabrać i jak się zmieścić w limicie bagażu lotniczego. Dla mnie największym wyzwaniem był oczywiście dobór sprzętu fotograficznego. Od początku było jasne, że nie będę w stanie zabrać ze sobą wszystkiego co bym chciał. Na szczęście udało się jakoś pomieścić zimowe ubrania, dwa statywy, dwa aparaty, slider i kilka obiektywów. Jednak rozterki jak się spakować i co zabrać trwały do ostatniej chwili.

Potężna ściana wody wodospadu Skógafoss.

Potężna ściana wody wodospadu Skógafoss.

W krainie wulkanów, gejzerów i… Polaków

Na tydzień przed wylotem zaczęło się regularne sprawdzanie prognoz pogody. Z jednej strony pogoda kosmiczna miała wyjątkowo dopisać. Przewidywano duża aktywność wiatru słonecznego co wręcz gwarantowało wystąpienie zórz polarnym podczas naszego pobytu. Z drugiej strony prognozy „ziemskiej” pogody nie nastrajały optymizmem. Deszcz, chmury i może jeden dzień z ładna pogodą. No trudno, teraz już nie było odwrotu. Pozostawała nadzieja, że prognozy nie do końca są wiarygodne i nie koniecznie muszą się sprawdzić.
W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany dzień. Lecimy!

Wodospad Gullfoss.

Wodospad Gullfoss.

Islandia przywitała nas zgodnie z prognozami. Spowita w chmurach wyspa ukazała się dopiero gdy samolot podchodził do lądowania. Porywisty wiatr jaki poczuliśmy po wyjściu z lotniska nie powinien być dla nas zaskoczeniem. Wiedzieliśmy, że będzie wiało. Jednak jego siła mówiła, że w trakcie pobytu może nie być łatwo i miło. Podobnie mówił pan z obsługi wypożyczalni samochodów, doradzając wykupienie pełnego ubezpieczenia pojazdów od uszkodzeń, w związku ze sztormem jaki aktualnie panuje. To niestety była ta niezbyt miła konsekwencja silnego wiatru. Na lotnisku czekał na nas też miły akcent. Okazało się, że w wypożyczalni samochodów byliśmy obsługiwani przez Polaka. Jego przełożona również była Polką. Była to zapowiedź tego z czym się spotykaliśmy podczas całego pobytu. Polacy na Islandii są wszędzie. Stanowią największą mniejszość narodową na tej wyspie. Naszych rodaków spotykaliśmy dosłownie na każdym kroku. W każdym sklepie i lokalu, w jakim byliśmy, słyszeliśmy język polski. Można odnieść wrażenie, że wszędzie na wyspie można sobie poradzić posługując się tylko językiem polskim.

Wodospad Kirkjufellsfoss wraz z górą Kirkjufell.

Wodospad Kirkjufellsfoss wraz z górą Kirkjufell.

Kolejny dzień zaczął się tak jak się tego obawialiśmy. Padał deszcz. Nie, nie padał, lało jak z cebra. Wspominałem o wietrze? Tak, deszczowi towarzyszył porywisty wiatr. Wiało tak mocno, że momentami deszcz padał dosłownie poziomo! Na szczęście był to praktycznie ostatni deszcz z jakim mieliśmy do czynienia. Prognozy pogody zaczynały się poprawiać i już tego samego dnia po południu świeciło Słońce, co oczywiście od razu wykorzystaliśmy do zwiedzania wyspy. I tak już było praktycznie do końca naszego pobytu. Pogoda była bardzo zmienna. Jak mówią sami Islandczycy: nie podoba ci się pogoda? Poczekaj 5 minut. Ostatecznie tej ładnej pogody mieliśmy zdecydowanie więcej niż tej złej. Przez większość czasu towarzyszyło nam Słońce i błękitne niebo. Jakże odmienne były to warunki do tych zapowiadanych przed wyjazdem. Można powiedzieć, że pod tym względem szczęście nam dopisało.

Reykjanesviti - plaża z ogromnych otoczaków.

Reykjanesviti – plaża z ogromnych otoczaków.

Pogoda w dzień była o tyle ważna, że Islandia w słonecznych promieniach wygląda zupełnie inaczej, niż gdy niebo jest zasłonięte chmurami. A wszystko to za sprawą przepięknych wodospadów, których jest na tej wyspie bez liku. Dosłownie co kawałek można podziwiać spadającą wodę z mniejszych lub większych półek skalnych. Jeden z takich wodospadów mieliśmy dosłownie na wyciągnięcie ręki, tuż pod domkiem, w którym nocowaliśmy. Część z tych wodospadów, robiła na nas ogromne wrażenie, nie były jednak one zbyt spektakularne dla samych Islandczyków, bo w ich pobliżu nie zrobiono nawet parkingu, czy zwykłego miejsca postojowego. Dla nas było to nie do pomyślenia, bo w Polsce próżno szukać wodospadów z wodą spadającą  z dziesiątek metrów z urwiska skalnego. A tu było to wręcz powszechne. Wspomniane wcześniej promienie słoneczne były tym istotniejsze, im z większym i bardziej okazałym wodospadem mieliśmy do czynienia. Masy spadającej wody tworzyły wokół wodospadów delikatną mgiełkę, na której tworzyły się zjawiskowe tęcze. Jak podziwiać wodospady na Islandii to tylko w słoneczny dzień! Ściana wody Skógafoss, potęga Gullfoss czy wreszcie przejście za wodospadem Seljalandsfoss na długo zostają w pamięci.

Gejzer Strokkur wyrzucający gorącą wodę.

Gejzer Strokkur wyrzucający gorącą wodę.

Islandia to raj dla geologa. Ta aktywna sejsmicznie wyspa oczarowuje mnogością wulkanów z całymi polami zastygłej lawy u ich stóp. Te wulkany to nie tylko słynny Eyjafjallajökull, to również niewielkie pięknie uformowane kratery takie jak Saxhóll, na które możemy wyjeść, by zaglądnąć do ich już nieczynnego wnętrza.
Czynny jest za to gejzer Strokkur, wyrzucający gorącą wodę na kilkadziesiąt metrów w górę. Tuż obok niego znajduje słynny, dziś już uśpiony gejzer Geysir. Zbieżność słów nie jest przypadkowa. To właśnie od niego pochodzi powszechnie używana na całym świecie nazwa gejzer. Był to oczywiście jeden z obowiązkowych punktów naszej wyprawy. Tryskający gejzer Strokkur trzeba po prostu zobaczyć. Należy jednak przy tym uważać, zwłaszcza na to, z której strony mamy zamiar go podziwiać i z którego kierunku wieje choćby najmniejszy wiatr. Pewnie się domyślacie do czego zmierzam. Tak, tak kilkoro z nas miało bliższy kontakt z gejzerem niż ten planowany. Na szczęście była to ostatnia atrakcja przewidywana tego dnia i wszystko skończyło się tylko dużą ilością śmiechu.

Ingjaldshólskirkja - samotny kościółek.

Ingjaldshólskirkja – samotny kościółek.

Cały jeden dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Parku Narodowego Þingvellir. I był to kolejny dzień z geologią w tle. W parku tym poza kolejnym uroczym wodospadem Öxarárfoss mogliśmy podziwiać strefę łączenia się dwóch płyt tektonicznych: euroazjatyckiej oraz północnoamerykańskiej. Tak naprawdę to płyty te nie łączą się na Islandii, one tu powstają. Islandia to fragment grzbietu oceanicznego wyniesionego ponad powierzchnie oceanu. To właśnie w centrum tego grzbietu, na dnie oceanu powstaje nowa skorupa ziemska.

Park Narodowy Þingvellir.

Park Narodowy Þingvellir.

Pisząc o tym co widzieliśmy na Islandii nie sposób nie wspomnieć o klifach, o które rozbiją się potężne fale Oceanu Atlantyckiego oraz o czarnych plażach, tak odmiennych od tych, które znamy z innych części Europy. Tutejsze plaże zaskakują różnorodnością. Można tu spotkać zarówno te, na których dominuje czarny drobny pył powstały z erozji skał wulkanicznych, jak również plaże, które w całości są utworzone z otoczaków. I to zarówno tych drobnych, wielkości kilku centymetrów, które można podziwiać na wspaniałej plaży Djúpalónssandur z widokiem na majestatyczny wulkan Snæfellsjökull. Jak również tych ogromnych otoczaków o rozmiarach dochodzących do pół metra, jakie widzieliśmy na plaży na półwyspie Reykjanesviti. Jedna z plaż jest szczególnie godna polecenia. To Reynisfjara z pięknymi bazaltowymi slupami oraz samotnymi skałami wystającymi z wody. Według miejscowych legend te skały to trolle, które zastał świt podczas wynoszenia na ląd statku, zamieniając je tym samym w skały.

Islandia za dnia, przy pięknej pogodzie sprawia, że można się w niej zakochać. Drogi, którymi można jeździć całymi dniami bez końca, zatrzymując się co jakiś czas aby zachwycić się pięknem kolorowych od minerałów skał, podziwiać urocze kościółki stojące gdzieś samotnie czy też przyglądnąć się z bliska islandzkim kucom.

"Deszcz" z zorzy polarnej na Islandii.

„Deszcz” z zorzy polarnej na Islandii.

Zorza tańcząca na niebie

Prawdziwy powód naszej wizyty na Islandii był jednak oczywiście inny. Przyjechaliśmy tu głównie po to aby podziwiać i fotografować zorze polarne. Dla większości z nas była to pierwsza okazja, aby je zobaczyć na żywo w pełnej okazałości. I wszystkim nam się to udało. I to nie jeden raz. Moglismy cieszyć swoje oczy widokiem zorzy tańczącej po niebie przez całe cztery noce. A były to naprawdę długie noce, bo staraliśmy się wykorzystywać każdą sposobność. Fakt, trudno było łączyć noce obserwacje, które kończyły się zazwyczaj ok. godziny czwartej nad ranem, z dziennym zwiedzaniem wyspy. No ale nie przyjechaliśmy tu przecież spać. Przez co zmęczenie rosło z dnia na dzień. To też nawet z pewną ulgą przyjęliśmy pochmurną noc, traktując to jako sposobność na regeneracje sił.

Zorza wraz z widocznymi slupami świetlnymi (light pillars).

Zorza wraz z widocznymi slupami świetlnymi (light pillars).

W ciągu tych kilku nocy spędzonych na Islandii mogliśmy się przekonać jak nieprzewidywalnym i kapryśnym zjawiskiem potrafi być zorza. To co mogliśmy obserwować na niebie konfrontowaliśmy ze wskazaniami stron przewidujących zjawisko zorzy. Niejednokrotnie wskazania pokazywały, że nad naszymi głowami powinien odbywać się już spektakl a tymczasem na niebie panowała zupełna cisza lub niebo spowijała delikatna jaśniejsza mgiełka. Była to jednak cisza przed burzą. Dosłownie. Zorza potrafiła się pojawić zupełnie niespodziewanie, czasem dopiero o drugiej w nocy, wprawiając nas w zachwyt. Była doskonale widoczna gołym okiem. Najczęściej widoczna jako wijące się wstęgi wzdłuż całego nieba. Od wschodu aż po zachód. Gdy była bardziej intensywna bardzo wyraźnie było widać, że jest koloru zielonego. Oczywiście widoczne były również pionowe pilary dosłownie tańczące po niebie. Czasem widać było pulsujące błyski w losowych miejscach niebo, jakby ktoś nas z góry fotografował używając wielkiej lampy błyskowej.

Zorza polarna nad górskim potokiem.

Zorza polarna nad górskim potokiem.

Aurora bywała czasem tak mocna, że było ją widać na jeszcze niebieskim niebie. Ba, raz była doskonale widoczna gołym okiem tuż obok zachodzącego Księżyca oświetlonego w 10%. Bywały noce, gdy całe niebo tańczyło dla nas. Zorzę można było obserwować w każdym kierunku. Bez problemu można było zrobić zdjęcie zielonej poświaty wraz ze świecącym na południu Jowiszem.

Zorza polarna w towarzystwie Jowisza.

Zorza polarna w towarzystwie Jowisza.

Poza samą zorzą udało się nam również zaobserwować na niebie słupy świetlne. Oznaczało to, że gdzieś ponad nami jest naprawdę zimno. Na tyle, że możliwe było uformowanie się odpowiednich kryształków lodu, które odbijając świecące gdzieś za wzniesieniami światła tworzyły na niebie pomarańczowe pilary.
Jak widać powodów do tej wspomnianej na początku relacji, dziecięcej radości była cała masa. I mimo obaw związanych z pogodą tuż przed wyjazdem wyprawa skończyła pełnym sukcesem.

Nie taki diabeł straszny

Islandia wbrew swojej surowości okazała się dla nas bardzo przyjazną krainą. Przez cały pobyt pokonaliśmy ponad 1500 km. Nie zawsze udawało się dotrzeć do wcześniej zaplanowanych miejsc. No ale przecież coś musi pozostać by móc planować powrót na tę cudowną wyspę :)

Droga pod wulkanem Snæfellsjökull.

Droga pod wulkanem Snæfellsjökull.

Na koniec pozostawiłem temat, który pewnie zainteresuje większość z Was. Ile mógł kosztować taki wyjazd? Okazuję się, że nie tak znowu wiele. Tanie linie lotnicze zarezerwowane z odpowiednim wyprzedzeniem oraz część kosztów takich jak wynajem samochodów, paliwo a nawet wyżywienie rozkłada się na całą grupę. Jeśli dołożymy do tego fakt, że płatności są rozłożone w czasie to taki wyjazd jest dostępny praktyczni dla każdego.

Uczestnicy wyprawy Islandia 2017.

Uczestnicy wyprawy na Islandię 2017. Fot. Marek Substyk.

Na zakończenie chciałbym podziękować całej ekipie, z którą spędziłem niezapomniany czas w tak cudownym miejscu. Każdemu życzyłbym tak zgranej paczki. Do zobaczenia na kolejnej przygodzie!

Piotr Potępa

Podobało się? Poleć lekturę znajomym! Polub Nightscapes na Facebooku! Masz jakieś pytania lub sugestie odnośnie tematu który powinienem poruszyć? Skomentuj lub napisz do mnie maila.

Może Ci się również spodoba